Stanowisko ekspertów pozarządowych wobec TTIP: „To nie jest umowa handlowa”


O Transatlantyckim Porozumieniu Handlowo-Inwestycyjnym (TTIP) jest głośno od co najmniej kilku miesięcy. Argumenty na rzecz jego zawarcia wydają się oczywiste – chodzi o wzrost PKB, tworzenie miejsc pracy, ujednolicenie standardów oraz intensyfikację wymiany handlowej oraz stworzenie największej na świecie strefy wolnego handlu. Idea sama z siebie nie jest zła,  ale wiele europejskich organizacji pozarządowych ma wątpliwości – także my.

Negocjacje w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) stały się w ciągu ubiegłego roku obiektem niemal bezprecedensowego zainteresowania i krytyki. Nie mamy przy tym do czynienia z nagłym wybuchem niechęci do handlu. Negatywne głosy wynikają raczej z podejmowanej tutaj próby wykroczenia poza własne kompetencje. W przypadku TTIP Unia Europejska próbuje zastosować nowe podejście, idące dalej niż klasyczne obniżenie opłat celnych – które, tak na marginesie, już są niskie w transatlantyckim handlu.

Są dwa oficjalne cele TTIP: po pierwsze, stworzenie transatlantyckiego rynku i poszukiwanie wspólnego podejścia do stanowienia prawa, które miałoby – na tyle, na ile to możliwe – zlikwidować problemy w stosunkach handlowych (tzw. trade irritants) wynikające z odmiennych norm. Po drugie, rozszerzenie zastosowania mechanizmów rozstrzygania sporów na linii inwestor-państwo (ISDS) z 7% unijnego PKB – czyli 9 państw członkowskich UE, które aktualnie mają takie umowy z USA – na pozostałe 93%. ISDS przyznaje zagranicznym korporacjom prawo do pozywania rządów w przypadku prowadzenia nieuczciwej – ich zdaniem – polityki, która może negatywnie odbić się na przyszłych zyskach. Sprawy te rozstrzygane są przez zamknięte panele składające się z trzech prawników specjalizujących się w prawie handlowym, z pominięciem standardowych systemów sądownictwa. Jeżeli sprawę wygra inwestor lub zakończy się ona ugodą, dany rząd musi zapłacić grzywnę, której kwota nie podlega żadnym ograniczeniom. Oba powyższe cele mają daleko idące konsekwencje dla przyszłego sposobu sprawowania rządów w Europie, a obawy wyrażane przez społeczeństwo obywatelskie są uzasadnione i nie mogą stanowić żadnego zaskoczenia.

Choć nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu negocjacje zajmą się tematem tzw. „współpracy regulacyjnej” – czyli mechanizmu, za sprawą którego proces stanowienia prawa w UE i USA miałby stać się bardziej kompatybilny – zarówno UE i USA jasno zadeklarowały wolę uwzględnienia w TTIP jakiejś formy ISDS.

W odpowiedzi na falę krytyki, która spadła na ISDS, Komisja Europejska rozpoczęła proces konsultacji społecznych i zawiesiła negocjacje w sprawie tego instrumentu. Wydaje się, że nadszedł czas na refleksję nad ISDS. W dokumentach przedłożonych na konsultacjach Komisja przedstawia zestaw propozycji, które zamierza przedstawić podczas negocjacji i które jej zdaniem odpowiadają na krytykę pod adresem mechanizmu. Oczywiście ISDS można usprawnić, ale – jak mówi przysłowie – „i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu”.

Pozostaje fundamentalne pytanie: po co unijnym inwestorom w USA i vice versa w ogóle potrzebny jest ISDS? Jak na razie negocjatorzy z UE i USA nie przedstawili na nie żadnej wiarygodnej odpowiedzi. Najczęstszą reakcją było stwierdzenie, że „ten instrument był już stosowany w przeszłości”. To jednak właśnie wnioski wyciągnięte z dotychczasowego zastosowania ISDS są powodem do niepokoju.

Po pierwsze, ISDS podważa krajowe systemy prawne i stawia zagranicznych inwestorów na uprzywilejowanej pozycji względem inwestorów krajowych – na koszt podatników. Jak dotąd korporacje korzystały z mechanizmu ISDS około 600 razy domagając się od rządów odszkodowania – w wielu przypadkach za środki, które miały chronić zdrowie publiczne, konsumentów lub środowisko, jak na przykład ochrona przed szkodliwymi substancjami chemicznymi, ryzykownymi poszukiwaniami źródeł energii czy paleniem. Chociaż z technicznego punktu widzenia nie pozbawia się rządów roli stanowienia prawa, istnieją uzasadnione obawy, że w przypadku sporów rządy mogą rezygnować z wprowadzania rozwiązań prawnych lub je odraczać.

Jak do tej pory, 60% spraw kończyła się wygraną firm lub ugodą – co oznacza znaczny koszt dla podatników danego państwa. ISDS przenosi ponadto ryzyko prywatne – jeden z głównych czynników odpowiadających za kryzys finansowy – w wymiar społeczny, tworząc pośrednią dotację dla niepewnych inwestycji i nakładając podatek na obywateli.

W najbliższych dniach 751 osób zostanie wybranych do Parlamentu Europejskiego i otrzyma mandat do zadecydowania w sprawie TTIP. Na całym świecie, państwa takie jak Australia, Brazylia, Indie, RPA czy Indonezja mają coraz większe opory przed podpisywaniem traktatów uwzględniających ISDS, ponieważ przedkłada on prawa korporacji nad prawa obywateli i państw. Oddając swój głos, obywatele muszą być pewni, że ich kandydaci będą ich bronić przed wprowadzeniem ISDS w Unii Europejskiej.

Podpisano:

Pieter de Pous, dyrektor ds. polityki w Europejskim Biurze Ochrony Środowiska (EEB) i członek grupy doradczej ds. TTIP

Jos Dings, dyrektor Europejskiej Federacji na rzecz Transportu i Środowiska (Transport & Environment) i członek grupy doradczej ds. TTIP

Monique Goyens, dyrektor Europejskiego Biura Stowarzyszeń Konsumenckich (BEUC) i członkini grupy doradczej ds. TTIP

Monika Kosińska, dyrektor Europejskiego Sojuszu na rzecz Zdrowia Publicznego (EPHA) i członkini grupy doradczej ds. TTIP.
W artykule przedstawione są osobiste poglądy autorów, a nie stanowisko grupy doradczej ds. TTIP.

Instytut Spraw Obywatelskich jest członkiem Europejskiej Federacji na rzecz Transportu i Środowiska (Transport & Environment). Komentarz oryginalnie ukazał się w „European Voice”