Szukamy żywności bez pestycydów


O konsumenckich badaniach na obecność pestycydów w żywności rozmawiamy z Marcinem Galickim z inicjatywy FoodRentgen (na zdjęciu Marcin Galicki podczas rozmowy w radio).

 

Czym jest FoodRentgen?

FoodRentgen jest inicjatywą społeczną i jednocześnie rodzinną. W związku z tym, że w pewnym momencie spadło nasze zaufanie do jakości produktów spożywczych, stwierdziliśmy, że chcemy je sami badać. Zdobytą wiedzą chcemy się dzielić z innymi, żebyśmy wszyscy mieli dostęp do pełnej informacji na temat tego, co jemy.

Korzeniami tkwicie w biznesie, ekonomii. To inna bajka. Jak przeskoczyliście do obecnego obszaru?

W moim domu rodzinnym przywiązywało się wagę do zdrowego odżywiania. Podczas studiów wyjechaliśmy za granicę i spotkaliśmy ludzi, którzy żyli w sposób bliski naturze, zrównoważony. Wszystko powoli w nas pączkowało. Później rzeczywiście trafiliśmy z żoną do dużych firm, pracowaliśmy w nich. Kiedy pojawiły się dzieci, wiele się zmieniło. Zaczęliśmy czytać etykiety, baczniej zwracać uwagę na to, co się je, żeby dzieciom dostarczyć jak najlepsze produkty. Wtedy pojawiła się potrzeba kupowania produktów ekologicznych i śledzenia informacji na ich temat. Z czasem zostawiliśmy biznes, zajęliśmy się własną inicjatywą. W Warszawie otworzyliśmy kawiarnię ekologiczną, gdzie odbywały się spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy jeszcze bardziej otwierali przed nami tematykę zrównoważonego życia w zgodzie z naturą i otoczeniem.

W jaki sposób wybieracie produkty do badań?

Pierwsze nasze pilotażowe badanie dotyczyło produktów lokalnych na Śląsku i w Małopolsce. Wtedy badaliśmy produkty, które sami byśmy kupili, bazując na ich składach. Do udziału w testach zaprosiliśmy producentów. Część z nich skorzystała z zaproszenia, a część nie.

Za drugim razem wybraliśmy płatki śniadaniowe. Dlaczego płatki? Zrobiliśmy listę produktów i zapytaliśmy internautów, co chcieliby przebadać. Płatki śniadaniowe zostały wskazane przez większość. W sondzie internetowej uczestniczyło ponad 500 osób. Wzięliśmy pod lupę 200 rodzajów płatków śniadaniowych. Najpierw rozpoczęliśmy analizę ich składów. Drogą eliminacji wybraliśmy płatki od 20 producentów. Następnie przebadaliśmy je na obecność pozostałości pestycydów. I tym sposobem wyselekcjonowaliśmy 10 produktów, które były wolne od pestycydów.

Kiedy eliminowaliście na podstawie etykiet, które składniki uznaliście za niepożądane?

Zidentyfikowaliśmy około 50 różnych dodatków do żywności w dziesięciu kategoriach, takich jak: substancje słodzące, emulgatory, tłuszcze, regulatory kwasowości, przeciwutleniacze, substancje glazurujące, barwniki, spulchniacze, czy konserwanty. Ponad połowę nasi dietetycy określili jako niepożądane w żywności i te oznaczyliśmy w Raporcie na czerwono. Kolejne siedem dodatków, oznaczonych na pomarańczowo to takie, wobec których trzeba zachować ostrożność.

Substancje konserwujące w tej masie stanowiły margines w analizowanych produktach. Zaskoczyła nas natomiast duża ilość substancji słodzących, które mają przeróżne nazwy. W jednym z produktów znaleźliśmy siedem takich rozmaitych substancji, zamieszczonych w różnych miejscach etykiety. Jak się zaczęliśmy nad tym głębiej zastanawiać, to gdyby je wszystkie zebrać razem i określić jako „substancję słodzącą”, to w przypadku tych płatków wyskoczyłaby na pierwszą pozycję etykiety.

Badając pod kątem obecności pestycydów, stwierdzacie ich obecność lub brak? Mniej was interesują tzw. pozostałości pestycydów dopuszczone normami?

Są dwie metodologie badawcze – jakościowa, która mówi: występuje lub nie występuje pozostałość pestycydu oraz ilościowa, gdzie faktycznie określa się wielkości. Żeby nie badać dwa razy, wybraliśmy metodę ilościową. Produkty przebadaliśmy w laboratorium Zakładu Badania Bezpieczeństwa Żywności w Instytucie Ogrodnictwa w Skierniewicach.

Akurat w przypadku płatków, które są produktem złożonym, nie ma czegoś takiego jak norma, czyli najwyższy dopuszczalny poziom pozostałości pestycydów. Ten najwyższy dopuszczalny poziom – NDP, jest wyznaczany dla produktów prostych, homogenicznych, czyli jednoskładnikowych.

Na przykład obecnie badamy kasze – określamy poziom pozostałości glifosatu. W tym przypadku to proste, bo kasza jest produktem jednorodnym i NDP wynosi 0,1 mg/kg produktu. Jeżeli mamy produkt złożony z wielu składników, to nie ma obowiązującej prawnie normy, którą ten produkt miałby spełnić.

Czyli w przypadku produktów złożonych możemy mieć do czynienia z mieszanką, koktajlem z pestycydów? Jednocześnie nie sumuje się ich ilościowo i nie wyznacza wspólnego dopuszczalnego progu pozostałości?  

Koktajl z pestycydów możemy mieć zarówno w przypadku produktu pojedynczego, jak i złożonego. W przypadku produktów złożonych oczywiście każdy pojedynczy surowiec mógł być opryskiwany. Kiedy połączymy je w jeden produkt, pod wpływem kwasów żołądkowych, mogą zachodzić między nimi różnego rodzaju interakcje. Tymczasem producenci twierdzą, że wszystkie sprzedawane na rynku produkty są bezpieczne.

Jak rozumieć takie pojęcie bezpieczeństwa?

Rozumiem to w ten sposób, że zaraz po zjedzeniu takiego produktu nie padniemy trupem. Przypuszczam, że te substancje tak samo, jak kropla, która drąży skałę, w jakiś sposób działają na nasz organizm. Niestety nie prowadzi się badań pod tym kątem.

Jaka była najwyższa liczba różnych pozostałości pestycydów w jednych płatkach?

Znaleźliśmy produkt, który zawierał w sobie pozostałości dwunastu pestycydów. To były akurat najdroższe płatki, zatem nie zawsze jest tak, że produkt najdroższy jest najzdrowszy.

Podsumujmy. Wasze badania konsumenckie służą temu, żeby wyodrębnić artykuły bez pozostałości pestycydów?

Tak. Z mediów najczęściej dowiadujemy się jedynie o poziomach pozostałości pestycydów w produktach.

Nie ma informacji o produktach bez pestycydów. Zatem my, jako konsumenci, jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Nie mamy wolności wyboru. Z naszych badań wynika, że są produkty wolne od pozostałości pestycydów, tylko trzeba wiedzieć które to. Staramy się tę wolność wyboru przywracać, pokazywać, które produkty warto jeść.

To jest również korzystne dla producentów, którzy mają takie produkty. Oni też często tracą z powodu braku tych informacji. W efekcie gorszy towar może wypierać z rynku produkt lepszy.

O podobnych mechanizmach wspominał już przed wiekami Mikołaj Kopernik, a współcześnie George A. Akerlof, amerykański profesor, który za swoją pracę na ten temat otrzymał Nagrodę Nobla. Zacznijmy od Kopernika. W rozprawie na temat bicia monet stwierdził, że gorszy pieniądz wypiera z rynku lepszy. Dotyczyło to rzemieślników, którzy zajmowali się biciem monet. Wyławiali z rynku monety, które miały większą zawartość kruszcu, przetapiali, zabierali część kruszcu dla siebie, a wypuszczali na rynek monety o niższej zawartości kruszcu i dalej służyły one jako środek płatniczy. I oczywiście ludzie o tym nie wiedzieli. Taki proces dotyczy całego rynku, również spożywczego.

Natomiast profesor Akerlof w 2001 roku otrzymał Nagrodę Nobla za analizę rynków z asymetrią informacji. Są to rynki, na których jedna strona wie więcej na temat produktu, a druga mniej. Wtedy u strony, która wie więcej, może pojawić się pokusa ukrycia informacji przed drugą stroną, szczególnie jeśli będzie to informacja negatywna. Często taka informacja wychodzi jednak na jaw i wtedy następuje utrata zaufania strony przeciwnej. W przypadku rynku spożywczego to producent wie więcej na temat produktu, który wytwarza. Jeśli w swoich działaniach kieruje się tylko maksymalizacją zysku, zamiast dobrem konsumenta, to będzie szedł na kompromisy. Proceder będzie trwał do momentu, aż informacja o negatywnych działaniach nie wypłynie na światło dzienne. Skutkiem będzie utrata zaufania do produktów ze strony konsumentów. I to się już dzieje. Agencja Mintel, badająca trendy na rynku spożywczym, w 2018 roku wskazywała na drastyczny spadek zaufania do kupowanych produktów spożywczych i sugerowała całkowitą jawność ze strony producentów.

Raport Płatki śniadanioweJaki był odbiór raportu o płatkach?

Ogólnie odbiór ze strony konsumentów był bardzo pozytywny. Od momentu udostępnienia Raportu w ciągu dwóch tygodni pobrano go 10 tysięcy razy. To był dla nas bardzo pozytywny sygnał, że ludzie potrzebują i chcą tej informacji. Gorzej odebrali Raport producenci, szczególnie ci, którzy słabo wypadli. Organy państwa w ogóle nie wykazały zainteresowania Raportem, mimo że parokrotnie próbowaliśmy przedstawić im wyniki naszych badań. Wielokrotnie staraliśmy się też pozyskać od nich środki na dalsze badania, ale bezskutecznie.

Dlaczego następnym badanym produktem są kasze?

To akurat był nasz pomysł. Wynikał on z badania pilotażowego na Śląsku i w Małopolsce, o którym wcześniej wspomniałem. Wtedy dowiedzieliśmy się, że istnieje praktyka desykacji, czyli dosuszania przez rolników gryki i prosa za pomocą glifosatu. Dlatego teraz postanowiliśmy posłuchać własnej intuicji i przebadać kasze gryczaną i jaglaną. Początkowo zamierzaliśmy przebadać 34 kasze, dostępne w sieciach handlowych. Jednak nie udało nam się zebrać wystarczającej ilości środków na badania, więc poprosiliśmy internautów, żeby wybrali 10 kasz, o których chcieliby się więcej dowiedzieć. Wtedy pojawił się partner w postaci Fundacji Konsumentów, który pomógł nam sfinansować dodatkowe badania i który będzie współtworzył z nami Raporty. W sumie przebadaliśmy 20 kasz na obecność pozostałości glifosatu.

Oddzieliliście kaszę gryczaną od jaglanej?

Tak. Mamy pomysł na dwa raporty. Najpierw chcemy się zająć kaszą gryczaną, a później jaglaną.

Na jakim etapie są badania?

Otrzymaliśmy wyniki z laboratorium. Są bardzo ciekawe. Myślę, że w najbliższym czasie, w okolicach listopada opublikujemy raport.

Kasze są istotnymi produktami w naszych jadłospisach.

Dla naszej szerokości geograficznej kasze są dobrym produktem, zalecanym przez dietetyków. Mają dużo właściwości prozdrowotnych, można je produkować lokalnie.

Dojście do obecnego etapu nie było pewnie proste. Łatwiej było zyskiwać sojuszników, czy narobić sobie wrogów?

Na pewno sojusznikami są konsumenci. Bardzo dobrze odbierają nasze działania. Dostajemy dużo listów z podziękowaniami. Oczywiście producenci reagują mniej entuzjastycznie w związku z tym, że, jak sądzą, uderzamy w nich naszymi działaniami. To błędne wrażenie. Nam zależy jedynie na tym, żeby ciągle poprawiali jakość swoich produktów.

Nawiążę do historii z rynku samochodowego, na którym bodajże jeszcze w XX wieku, producenci samochodów dopuszczali pewną liczbę usterek w wytwarzanych przez siebie nowych pojazdach. Jeżeli samochód opuszczający fabrykę miał X usterek, to mógł z niej wyjechać, jeżeli miał X plus jedną to już nie. Tak samo jest w przemyśle spożywczym z obecnością pozostałości pestycydów w żywności.

Pewnego dnia firma Toyota wpadła na genialny pomysł i powiedziała, że od teraz wdrażamy strategię „kaizen” – swoją drogą to po japońsku znaczy dobra zmiana – i dążymy do doskonałości. Nie zatrzymujemy się na jakimś poziomie, tylko eliminujemy wszystko, co możliwe, żeby produkt był coraz lepszy. Patrząc z perspektywy historycznej, Toyota odniosła sukces.

Czekamy na raport o kaszach gryczanych. Na pewno będzie dostępny jeszcze w tym roku?

Tak.

Rozmawiała Małgorzata Jankowska

RAPORT O PŁATKACH – pobierz

Strona FoodRentgen

Facebook